Maszyny wirtualne. Czym są i czemu przydadzą się i Tobie?

Maszyny wirtualne. Zwykła ciekawostka dla entuzjastów, zwykłem myśleć. Niedawno jednak doszedłem do wniosku, że mogą być znacznie bardziej praktyczne w zastosowaniu. O ile niegdyś korzystałem z nich wyłącznie od święta, tak od niedawna sięgam po tego typu rozwiązania niemal codziennie.

Co to jest, ta cała maszyna wirtualna?

Niektórzy mogą być zaniepokojeni, toteż uspokajam: termin nie ma związku z potencjalnym przejmowaniem przez maszyny władzy nad światem (choć faktycznie może brzmieć jak z science-fiction). Maszyna wirtualna pozwala na osiągnięcie swego rodzaju “incepcji”: uruchomienia “systemu w systemie”. Od strony praktycznej działa to tak, jakbyśmy mieli kolejny komputer, najczęściej z innym systemem operacyjnym niż zainstalowany na naszym urządzeniu. Taki “komputer” może działać sobie w osobnym oknie i być wyłączany wraz z zamknięciem okienka kliknięciem “X”. Znaczy to m.in., że możemy “w locie” przełączać się między naszym głównym systemem, a tym wirtualnym.

Jakie programy na to pozwalają?

Osobiście korzystam z produktu VMware Workstation Player. Wariant darmowy w zupełności wystarcza mi do domowych zastosowań. Z innych rozwiązań popularny jest również VirtualBox.

Okno główne VMWare Workstation Player

Po co komu taka maszyna (wirtualna)?

Jednym z popularnych zastosowań jest emulacja gier i aplikacji, które nie działają pod naszym głównym systemem. Jest to oczywista oczywistość – nasuwa się większości osób, które słyszały o MW. Co poza tym?

Cóż, poniższe punkty w większości wiążą się z faktem, że MW działają (prawie) całkowicie niezależnie od głównego systemu. Znaczy to, że cokolwiek na nich nie robimy, nie wpływa to na działanie sprzętu i stabilność naszego przysłowiowego “Windowsa”. Tak więc:

  • Odwiedzanie stron i zasobów, co do których nie mamy wystarczającej pewności, czy są bezpieczne
  • Nauka i obsługa systemów operacyjnych innych niż Windows – dla komputerowych “świrów”, poznawanie nowych środowisk, np. dystrybucji Linuksa, może okazać się nie lada gratką.
System Linux Lite działający na pulpicie Windows 10
  • Testowanie nowego oprogramowania, bez narażania głównego systemu na “zaśmiecenie”. Osobiście mam cały zestaw programów, które zalegają na maszynie z Windowsem 8.1 (akurat miałem niewykorzystywany klucz do niego). Czasem odpalam ją wyłącznie, by z nich skorzystać.

Windows w Windowsie. Windows-cepcja.

Oczywiście apeluję o zachowanie rozsądku – nadal warto mieć zainstalowane oprogramowanie antywirusowe na maszynie wirtualnej i pamiętać o jego regularnym aktualizowaniu, a także zachować czujność i ostrożność. Ogólny zamysł jest taki, że w przypadku, gdy cokolwiek “przedostałoby” się do takiego systemu, nie narażamy na szwank naszych głównych zasobów danych (plików, haseł, czegokolwiek, co tam macie na komputerach). Wynika to z faktu, że z wirtualnej maszyny nie mamy z reguły dostępu do nich. Warto przy tym zainteresować się tematem “umacniania” bariery między maszyną wirtualną a głównym systemem – zainteresowanych odsyłam np. do tego artykułu.

Ok, jak się za to zabrać?

Wchodzimy na stronę VMWare i pobieramy darmowy program Workstation Player. Po jego instalacji, możemy zacząć “zabawę”. Jej rozpoczęcie wiąże się niestety z przebrnięciem przez żmudny proces instalacji środowiska operacyjnego. Musimy w tym celu dysponować obrazem lub płytą z systemem, który chcemy zainstalować. Plus jest taki, że na maszynie wirtualnej nie ma z reguły konieczności doinstalowania sterowników.

Prawdziwie zainteresowanych, acz nowych w temacie, odsyłam do zasobów internetowych w przypadku wątpliwości, jak skonfigurować program. Np. na YouTube można znaleźć masę poradników instruujących, jakich kroków dokonać (słowa klucze: how to install <nazwa systemu> vmware). Ach, dobrodziejstwa społeczeństwa informacyjnego (zamykamy bloga, wszystko jest w internecie! :D).

A w jaki sposób połączyć ten temat z produktywnością? Można pomyśleć o całym czasie, jaki zaoszczędzamy utrzymując nasz główny system uporządkowany, bez zbędnych programów, które mogą okazać się nie do końca bezpieczne… Przez zaoszczędzony czas rozumiem m.in. zachowanie szybkości działania systemu, brak konieczności przeinstalowywania go i ponownego konfigurowania, czyli ogółem: brak przestojów w pracy. 😉

Igor Leszczyński

Właściciel marki i bloga technologicznego Streamlined. Urodzony w 1993 roku, nierozłączny z myszką i klawiaturą od piątego roku życia. Wiecznie szukający nowych wrażeń, uzależniony od technologii i płatków kukurydzianych. Po studiach miał iść pracować do korpo, ale póki co realizuje się "na swoim".